czwartek, 31 sierpnia 2017

Trudne 6 tygodni, czyli jak przetrwać połóg.

Trudne 6 tygodni, czyli jak przetrwać połóg.

Jesteśmy we czwórkę już 6 tygodni. Od ponad miesiąca na nowo tworzymy naszą rodzinę, powiększoną o nowego jej członka. Co się działo przez ten czas? Czy drugi połóg jest łatwiejszy? Czy miałam jakieś patenty ułatwiające mi te dni? I co z tym baby blues?

Po kolei.

Drugie macierzyństwo według mnie jest po części nieco łatwiejsze, między innymi ze względu na to, że wiadomo czego można się spodziewać. Tym razem nie czułam się rzucona na głęboką wodę, z noworodkiem który wcale tych z reklamy nie przypomina. Tym razem ten skądinąd trudny okres 6 pierwszych tygodni minął mi spokojniej, choć nie zawsze było łatwo.

Postaram się opisać Wam jak sobie poradziłam :)

1. Odpuściłam sama sobie.

To najtrudniejszy dla mnie ale kluczowy punkt. Kiedy wróciłam do domu z maleńką Tusią za punkt honoru postawiłam sobie udowodnienie wszystkim dookoła, że świetnie sobie radzę. Z gojącą się, ciągnącą raną po cesarskim cięciu nie odpuszczałam. Sprzątnięte mieszkanie, ciepły obiad codziennie i różowiutki, uśmiechnięty niemowlak to były moje cele. Cele realizowane za wszelką cenę byleby tylko nikt z mojego otoczenia nie miał najmniejszej nawet podstawy uznać, że sobie nie radzę. Bo to oznaczało, że jestem złą matką, że nie nadaję się do tej roli lub co gorsza szkodzę mojemu dziecku.

Tym razem odpuściłam trochę. Trochę bo jednak jest jeszcze Natalia, która również potrzebuje opieki. Jednakże teraz nie chcę nikomu niczego udowadniać. Nie zależy mi na pokazaniu jaka to jestem zaradna i zorganizowana bo i niemowlaka, i przedszkolaka, i dom- wszystko mam ogarnięte. Zdarzają się dni z obiadem w postaci kanapek (Tusia je obiady w przedszkolu więc tutaj jestem spokojna), z mieszkaniem wyglądającym jak po przejściu huraganu, z praniem wysypującym się kosza i mną w pidżamie do południa. I wiecie co? Nikt w ciągu tych dni nie ginie, nic się nie dzieje, a ja bez wyrzutów sumienia łatwiej zbieram się i skupiam się na opiece nad najmłodszym członkiem naszej rodziny.

2. Ustalam priorytety.

Planuję kolejny dzień pod względem zadań, które na mnie czekają. Skupiam się jednak na ustaleniu priorytetów czyli wybieram jedno, góra dwa zadania, które muszą być danego dnia zrobione. Reszta może poczekać :) U mnie priorytety są bardzo różne od wyjścia na zakupy do biedronki poprzez wizytę u lekarza czy zabawa z Tusią.

Dodatkowo zawsze w zanadrzu mam plan B, gdyż nigdy nie wiem kiedy coś pójdzie nie tak jak planowałam ;)

3. Mąż moim partnerem nie pomocnikiem.

To według mnie bardzo istotny punkt. Gdzieś, kiedyś przeczytałam zdanie, że "pomagać w domu to może trzyletnie dziecko, a nie dorosły facet" i myślę, że jest ono kwintesencją moich działań. Kiedy na świecie pojawiła się Tusia przyznaję, że nieco odsunęłam T. od opieki nad nią. Miałam takie przeświadczenie, że ja zrobię to lepiej, że jeśli on robi coś przy małej inaczej niż ja-robi to źle.

Teraz wyzbyłam się tych przekonań. T. świetnie sobie radzi z pieluchami, przy kąpieli to On rozbiera Maksia i przynosi do wanienki, usypia malucha i nic złego się nie dzieje. A dodatkowo buduje więź z własnym synem co mnie dodatkowo cieszy. Z obowiązkami domowymi też sobie radzi doskonale, a ja wcale nie muszę mieć na nie wyłączności.

4. Ja też jestem ważna!

Niemowlak, przedszkolak, mąż, dom-to wszystko jest ważne, to prawda. Jednak tym razem ważny jest jeszcze ktoś, JA. Tym razem daję sobie przyzwolenie na zajęcie się również sobą. Zapewniam sobie czas na pomalowanie paznokci, zrobienie makijażu czy wypicie w miarę ciepłej kawy. I nie mam wyrzutów sumienia z tego powodu. Nie obwiniam się, że w tym czasie mogłam przeczytać Natalii dodatkową bajeczkę czy potulić Maksia. Tym razem dbam również o własne potrzeby bez niepotrzebnego samobiczowania.

5. Zapewniam sobie pomoc.

Kiedy po porodzie okazało się, że z powodu utraty krwi nabawiłam się anemii i byłam tak osłabiona, że wstanie ze szpitalnego łóżka było dla mnie wyzwaniem poprosiłam o pomoc moją teściową. Poprosiłam ją aby przyjechała do nas na kilka dni, kiedy wrócę do domu z maluszkiem i zwyczajnie mi pomogła w opiece nad dziećmi. Zrobiłam to mimo, że wcześniej deklarowałam, że nie chcę żadnych odwiedzin zaraz po wyjściu ze szpitala, że chcę ten czas spędzić tylko z najbliższymi domownikami. Miałam jednak świadomość, że ta pomoc mojej drugiej mamy jest mi potrzebna z powodu moich chwilowych ograniczeń. Wiedziałam, że dzięki niej sama szybciej stanę na nogi i później będzie nam wszystkim łatwiej.

6. Mam świadomość swojego stanu.

I tutaj mam na myśli nie tylko mój stan fizyczny ale i psychiczny. W pierwszym połogu bardzo mało wiedziałam na temat baby blues i pojawienie się go bardzo mnie dotknęło. Pamiętam te dni kiedy płakałam od momentu wyjścia T. do pracy do jego powrotu. Kiedy myślałam, że wszystko mnie przerasta i nie daję rady mimo, że tak naprawdę nic złego się nie działo a Tusia rozwijała się książkowo.

Teraz byłam przygotowana na ten czas. Psychicznie przygotowana. Wiedziałam, że nastąpi spadek nastroju oraz, że minie. Ta świadomość chwilowości tego stanu pozwoliła mi lepiej sobie poradzić z własnymi uczuciami. Wiedziałam, że za kilka dni czy tygodni poczuję się lepiej, poczuję się silniejsza i szczęśliwsza. I dzięki temu przeświadczeniu ten trudny moment minął szybciej, łatwiej choć łez wylałam morze to jednak sama w nim nie utonęłam :)


Te pierwsze sześć tygodni jest trudnym momentem dla każdej mamy. Chociaż każda z nas przeżywa je inaczej, to jednak wszystkie wiemy o wyjątkowości tego okresu, w dobrym i tym gorszym znaczeniu.

A Wy jak sobie radziłyście? Macie jakieś własne patenty? 

:*
Tusiakowa mama

piątek, 18 sierpnia 2017

Mamo jestem w bajce! Czyli recenzja personalizowanej książeczki dla dziecka.

Mamo jestem w bajce! Czyli recenzja personalizowanej książeczki dla dziecka.
Kilka dni temu Natalia obchodziła swoje piąte urodziny. W związku z tą niebywale ważną uroczystością zarówno my-rodzice jak i dziadkowie zastanawialiśmy się jaki podarek ucieszyłby Jubilatkę.

Sama od kilku tygodni odpowiadając na padające zewsząd pytania o zainteresowania mojej córki miałam problem w wymyśleniu oryginalnego, niebanalnego prezentu z którego Natalia byłaby zadowolona.

Przeglądając różne strony internetowe natknęłam się przypadkiem na propozycję personalizowanej bajki dla dzieci oferowanej za pośrednictwem Poczty Polskiej.
Ofertę, którą znalazłam możecie znajdziecie tu. 

Zamówienie wybranej książeczki jest niezwykle proste. Po dokonaniu płatności otrzymujemy kod za pomocą którego personalizujemy wybraną bajkę. Do wybory mamy trzy historie: dla dziewczynki, chłopca oraz dwójki dzieci. Podajemy imię dziecka, wgrywamy wybrane zdjęcie i....gotowe :) Dodatkowo możemy dodać własną dedykację, która widoczna jest na pierwszej stronie lub skorzystać z proponowanych przez producenta. Prawda, że łatwe?



Zdecydowałam się na bajkę pt. "Natalia zostaje wróżką", opowiadającą historię o zdobywaniu przez dziewczynkę honorowego tytułu wróżki. Aby go uzyskać pretendentka zalicza kolejno pięć sprawdzianów, potwierdzając tym samym posiadanie umiejętności niezbędnych do zostania wróżką, m.in. umiejętność tańca, dobrych manier czy rozmowy ze zwierzętami. Na ostatniej stronie książeczki (a liczy ona 14 stron) widnieje uzyskany przez bohaterkę dyplom potwierdzający przynależność do społeczności wróżek. 





Producent zastrzega, że zamówienie książeczki trwa ok. 10 dni roboczych. Tak, to prawda jednak do tego czasu należy dodatkowo doliczyć czas transportu przesyłki przez pocztę, który wynosi ok. 4 dni roboczych. Ja niestety tego nie uwzględniłam sądząc, że czas podany w informacjach obejmuje również czas dostarczenia zamówienia, przez co niestety książeczka dotarła dopiero po urodzinach Tusi. Jeśli więc zdecydujecie się zamówić personalizowaną bajkę pamiętajcie aby zrobić to odpowiednio wcześniej żeby uniknąć niemiłej niespodzianki.

Wykonanie książki oceniam bardzo dobrze, a sama książka prezentuje się bardzo dobrze. Jednak mogłaby być lepiej pakowana, ponieważ dotarła do nas zapakowana wprawdzie w kolorową, nieco grubszą kopertę, jednak jeden z rogów został lekko zgnieciony w transporcie. Na szczęście udało się go uratować tak, że nie pozostał ślad.

Samej obdarowanej prezent spodobał się bardzo, od razu prosiła aby jej przeczytać całą historię kilka razy, a następnie z wielkim skupieniem oglądała każdą ilustrację. Jedynym minusem, jaki znalazła Tusia w bajce było to, że opowieść okazała się za krótka pozostawiając niedosyt w małym serduszku.

A wy lubicie personalizowane prezenty dla dzieci? Macie jakieś fajne propozycje?

:*
Tusiakowa mama

poniedziałek, 10 lipca 2017

Proszę dajmy szansę naszym dzieciom!

Proszę dajmy szansę naszym dzieciom!


Od ponad tygodnia przebywam na oddziale patologii ciąży w jednym z olsztyńskich szpitali. Nie jest to co prawda najszczęśliwszy czas dla mnie jednak świadoma ryzyka i konsekwencji poddaję się wszelkim sugestiom lekarzy.

Pociesza mnie fakt, że wyniki z powodu których zostałam skierowana tutaj poprawiły się znacznie, przez co zagrożenia dla Maksia zmniejszyły się nieco. Ten tydzień ma być decydującym więc czas rozpocząć wielkie odliczanie do naszego spotkania.

Na oddziale na którym przebywam oprócz mnie jest jeszcze około dwudziestu innych kobiet, spodziewających się potomstwa z różnymi dolegliwościami. Niestety z moich obserwacji mogę wysnuć przerażające wnioski, że część z nich jest tutaj z własnej lekkomyślności (delikatnie mówiąc) stwarzając zagrożenie nie tylko dla siebie ale również dla własnego, nienarodzonego dziecka.

Przeraża mnie podejście przyszłej matki, opierające się tylko na własnej korzyści. Niektóre z pacjentek niestety stawiają na pierwszym miejscu własną wygodę i kaprysy niż dobro maluszka, który nie może jeszcze swojej woli okazać.

Zauważyłam tutaj między innymi kobiety ze stwierdzoną cukrzycą ciążową telefonujące o szóstej rano do partnera z zamówieniem hamburgera na śniadanie.
Kobietę cierpiącą na epilepsję oraz stany depresyjne wypisującą się na własne żądanie po uprzednim wyskoczeniu "na fajkę", a inna urywająca się na chwilę na piwko.

Wiem, że są to dorosłe kobiety, które same podejmują za siebie decyzję i właściwie nic mi do tego ale dzieci, które rosną w ich łonach same nie zaprotestują. Te małe bezbronne istotki, całkowicie zależne od swoich mam nie mają możliwości obrony. Są skazane na dobrą lub złą wolę swojej rodzicielki.

Drogie, przyszłe mamy ja wiem, że nie jest łatwo. Ja wiem, że czasem własna zachcianka przesłania nam logiczne myślenie, oślepia i otumania. Znam to...wierzcie mi znam to dobrze. Jednak proszę Was, błagam nie zapominajcie dla kogo się staracie. Nie zapominajcie kto jest całkowicie zależny od waszych decyzji, od waszego postępowania.

Chrońmy te małe życia, rosnące w nas.....dajmy im szansę na zdrowe, długie i szczęśliwe życie.

Nie odbierajmy im szansy zanim jeszcze to życie poznają.


:*
Tusiakowa mama

piątek, 30 czerwca 2017

Ciąża to nie choroba- czyli przypadki mojego 9-tego miesiąca

Ciąża to nie choroba- czyli przypadki mojego 9-tego miesiąca

Wiele razy słyszałam to stwierdzenie. Ba, ja nawet sama tak uważam. Moim zdaniem ciąża to faktycznie nie choroba ale jednak stan wyjątkowy, rządzący się swoimi prawami i obarczony pewnymi ograniczeniami zarówno w stosunku do kobiety, jak i do otoczenia.

Moja druga ciąża, w której aktualnie jestem (kończę 9-ty miesiąc) nie jest najłatwiejsza. Co ciekawe o niektórych problemach, które mi w niej towarzyszą dowiaduję się przez przypadek. Jak widać nie jestem standardowa :)

O cukrzycy ciążowej dowiedziałam się podobnie jak inne ciężarne, u których stwierdzono tę przypadłość- po odebraniu wyników testu obciążenia glukozą 75g (w skrócie OGTT). Pogodzona z dietą i insuliną myślałam, że na tym skończą się moje "przygody".

W poniedziałek jednak na jedną z ostatnich rutynowych wizyt miałam zrobić standardowe badania krwi i moczu. Nic specjalnego, każda przyszła mama drogę do laboratorium zna na niemalże na pamięć :) Wśród zaznaczonych testów był też ALAT- czyli jedna ze zwyczajowo zwanych prób wątrobowych. Badanie miało być wykonane dla "spokojności". Po odebraniu wyników okazało się jednak, że oznaczony enzym wątrobowy 3-krotnie przewyższa dopuszczalną normę! Doktor Google wyświetlał tylko jedną diagnozę w przypadku kobiet w ciąży- cholestazę ciążową.

Nie do końca uwierzyłam w te odpowiedzi, ponieważ w każdym przeczytanym przeze mnie artykule widniała informacja, że osoby u których stwierdzono cholestazę uskarżały się na uporczywe swędzenie głównie stóp i dłoni- co jest głównym objawem tej choroby. Szczerze mówiąc to bardziej skłaniałam się ku myśli, że nastąpiła pomyłka w przeliczeniu jednostki lub po prostu jakiś ludzki błąd i tyle.

Moja pani ginekolog podczas wizyty zleciła oczywiście powtórzenie badania wraz z dodatkowym testem ASPAT (też enzym wątrobowy) oraz poziom bilirubiny i pojawienie się koniecznie następnego dnia bez oczekiwania w kolejce. Powinno mnie to nieco zastanowić ale przekonana o zaistniałej pomyłce skupiłam się raczej na myślach, że "jutro się okaże, że się mylicie". Następnego dnia rano wykonałam zlecone badania i około godziny 12 zgłosiłam się po wyniki. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie kiedy okazało się, że zarówno ALAT jak i ASPAT są na podobnym, wysokim poziomie! Nie było żadnej pomyłki!

Wizyta była niezwykle krótka i polegała właściwie tylko na wypisaniu skierowania na oddział patologii ciąży w trybie pilnym. Trzy tygodnie przed terminem (!) i praktycznie z ulicy trafiłam na izbę przyjęć. Niestety z uwagi na fakt, że Tusiakowy tata przebywał właśnie w delegacji, a Tusia w przedszkolu nie wyraziłam zgody na położenie mnie na oddziale, obiecując że stawię się niezwłocznie następnego dnia rano, byleby pozwolono mi odebrać Tusię z przedszkola i zapewnić jej opiekę taty.

I w ten oto sposób od środy przebywamy z Maksem w szpitalu, cholestazę ciążową potwierdzono dodatkowo zlecając określenie poziomy kwasów żółciowych (ich poziom również okazał się za wysoki). Dowiedziałam się również, że nie zawsze w przypadku tej choroby występuje świąd. U mnie nie musiał się pojawić, ponieważ z uwagi na przebywanie na diecie cukrzycowej nie spożywałam potraw tłustych i obciążających wątrobę więc objaw ten nie musiał się ujawnić.

Drogie przyszłe mamy, nie lekceważcie żadnych badań zleconych Wam w ciąży. Cholestazę ciążową najczęściej stwierdza się po 30 tygodniu ciąży więc w tym czasie warto sprawdzić chociaż jeden z enzymów wątrobowych tj. ALAT. Choroba ta jest groźna dla maluszka więc szybkie, ewentualne rozpoznanie pozwala skutecznie ograniczyć jej wpływ na Wasze dziecko. A jak widać po moim przykładzie nie zawsze daje objawy sugerujące, że dzieje się coś niepokojącego.


Na koniec mam do Was prośbę......trzymajcie za nas kciuki :)

:*
Tusiakowa mama

sobota, 17 czerwca 2017

Moje top 6- produkty, które pomogły mi przetrwać na diecie cukrzycowej.

Moje top 6- produkty, które pomogły mi przetrwać na diecie cukrzycowej.


Maksio mieszka w moim brzuchu już 9 miesiąc, niedługo więc nadejdzie ten wielki dzień kiedy zobaczymy się pierwszy raz, po tej samej jego stronie :)

Dużą rolę w ciągu tych ponad 8 miesięcy odegrała przypadłość, ostatnio dość często doskwierająca ciężarnym tj. cukrzyca ciążowa. W momencie odebrania wyników tzw. krzywej cukrowej moja dieta musiała drastycznie ulec zmianie, a rygor, samodyscyplina i budzik stały się moimi najlepszymi przyjaciółmi.

Dieta stosowana w cukrzycy ciążowej jest oparta na produktach o niskim indeksie glikemicznym, dzięki czemu poziom cukru we krwi ciężarnej nie ulega podwyższeniu. Sama w sobie jest dietą bardzo zdrową, zawierającą dużą ilość warzyw, węglowodanów złożonych i chudych mięs jednak restrykcyjne zakazy spożywania produktów zawierających cukier czasem powodują trudności-ciężko jest czasem bez żalu odmówić sobie słodyczy czy choćby świeżo wypieczonej bułki :)

Chciałabym się z Wami podzielić moimi 6-cioma produktami, dzięki którym przebywanie na diecie cukrzycowej stało się dla mnie bardziej znośne, a czasem wręcz uprzyjemniało mi codzienny jadłospis.

1. Kawa latte.

Jako pierwszą wymienię kawę, ponieważ w tym czasie traktuję ją bardziej jako deser niż codzinny napój. Gorszy dzień czy słabszy humor jest w stanie poprawić mi szklanka latte wypita w ulubionej kawiarni lub choćby przygotowana w domu. To dla tej małej przyjemności opanowałam technikę spieniania mleka za pomocą słoika (polecam :)).

2. Nasiona chia.

Chia, znana też pod nazwą szałwii hiszpańskiej to ostatnio bardzo popularny produkt. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę ich wartości odżywcze i zdrowotne. Te małe nasionka pochodzące z Meksyku zawierają dużą ilość kwasów omega-3 oraz wapnia, magnezu, żelaza czy selenu- bardzo potrzebnych w diecie kobiet w ciąży. Ponadto dzięki zawartości błonnika pomagają normalizować poziom cukru we krwi, a przygotowany z nimi pudding na bazie jogurtu naturalnego czy mleczka kokosowego jest po prostu pyszny :)

3. Kapusta kiszona.

Meksyk Meksykiem ale teraz coś z naszego rodzimego podwórka. Polski super food czyli kapusta kiszona. Ta niedoceniona potrawa potrafi naprawdę wiele. Zawiera dużą ilość witaminy C, A, E, J jak i witamin z grupy B. Zarówno spożywanie samej kiszonej kapusty jak i picie jej soku pozwala obniżyć poziom cukru we krwi co jest bardzo pomocne w momencie kiedy zauważymy jego przekroczenie. Mi osobiście jedzenie kiszonej kapusty pomogło szczególnie na początku mojej cukrzycowej drogi, kiedy jeszcze nie wiedziałam jak działają na mój organizm poszczególne produkty.

4. Orzechy ziemne niesolone.

Zanim przystosowałam się do nowego rytmu odżywiania miałam chwile, w którym najzwyczajniej w świecie czułam się głodna. Mimo, że dzienny jadłospis słodkiej mamy obejmuje 6-7 posiłków, spożywanych w odstępach 2,5-3 godzinnych zdarzały mi się jednak dni, kiedy już po godzinie od ostatniego posiłku odczuwałam głód (lub po prostu potrzebę zjedzenia czegoś). W takich momentach z pomocą przychodziły mi fistaszki. Orzechy te nie wpływały na mój poziom glikemii a nawet pół garści fistaszków pozwalało mi spokojnie dotrwać do kolejnej "pory karmienia" :).

5. Chleb Kromka 7 ziaren.

To pieczywo dostępne w sklepach sieci Biedronka okazało się jedynym rodzajem pieczywa, które nie powodowało u mnie podwyższenia poziomu glukozy. Wprawdzie podobny efekt wykazywało też tzw. pieczywo chrupkie jednak ten chleb najbardziej przypominał zwyczajny chleb, który dotychczas stanowił jeden z podstawowych produktów w moim jadłospisie.

Oprócz chleba 7 ziaren w Biedronce można znaleźć również chleb Kromka 7 zbóż tego samego producenta, jednak ten drugi już nie był taki odpowiedni.

6. Ksylitol.

Jako ostatni mój top produkt chcę wymienić cukier brzozowy, zamiennik cukru białego, który obok stewii czy erytrolu jest jedynym dozwolonym rodzajem słodzidła w ciąży. Ciężarne bowiem nie mogą spożywać produktów przeznaczonych typowo dla diabetyków, ze względu na zastosowane w nich słodziki sztuczne, niewskazane dla malucha w brzuchu. Ksylitol posiada słodkość zbliżoną do białego cukru (jest nieco słodszy, więc stosujemy do w mniejszej ilości), jednak należy pamiętać, że nie można stosować go bez ograniczeń ponieważ zbyt duża dawka w ciągu dnia może mieć właściwości przeczyszczające. Ilość bezpieczna to 2 łyżki stołowe/dzień. Cukier brzozowy nadaje się do słodzenia produktów zarówno zimnych jak i ciepłych oraz do pieczenia :)



A Wy macie jakieś własne spożywcze top produkty? Dajcie znać, chętnie poznam Wasze typy :)

:*
mama Tusiaków





piątek, 9 czerwca 2017

Uwierz w siebie....ja ci pomogę córeczko.

Uwierz w siebie....ja ci pomogę córeczko.
Temat dzisiejszego wpisu chodził mi po głowie od dawna. Kiełkował, wzrastał, aż wypełnił moją głowę na tyle, że konieczne było podzielenie się nim z Wami.

Co jest dla mnie najważniejsze w moim macierzyństwie? Co najbardziej chcę przekazać mojej córce, a niedługo również synkowi aby być spokojnym o nich w przyszłości?

Otóż najważniejsze jest dla mnie zaszczepienie w nich wiary w siebie.

Dlaczego akurat ta cecha jest wg mnie tak istotna? Myślę, że duży związek ma z tym fakt, że mnie właśnie tej wiary we własne możliwości bardzo brakuje. Jako zdecydowany introwertyk mam ogromną trudność nie tylko w uzewnętrznianiu własnych oczekiwań ale przede wszystkim w przypisywaniu sobie jakichkolwiek zasług czy dokonań.
Zrobiłam coś fajnego? Eeeee...to nic takiego.
Dokonałam czegoś? Nie, po prostu miałam szczęście i tyle.
Pochwalić się czymś? Ale przecież to nic wielkiego, nie warto.

Tak od zawsze postrzegałam siebie. Kiedy inni opowiadali na lewo i prawo o swoich sukcesach, nawet tych najmniejszych, ja milczałam oczekując, że moja praca obroni się sama, że zostanę doceniona bo ktoś zauważy. Najczęściej zauważał.....po czasie....kiedy już było za późno.

Dlatego pragnę aby moje dzieci umiały opowiedzieć światu jakie są wspaniałe. Aby potrafiły docenić same siebie, bez czekania na reakcję z zewnątrz, która może nigdy nie nastąpić lub przyjść kiedy będzie za późno.

Według mnie wiara w siebie rozumiana jako wysokie poczucie własnej wartości pozwala nam nie tylko odnosić sukcesy, których przecież każdy pragnie. Wiara w siebie pozwala nam, być może przede wszystkim, radzić sobie z porażkami. Osoba posiadająca wysoką samoocenę nie załamie się z powodu porażki, owszem będzie smutna ale porażka jej nie przygniecie, nie sparaliżuje. Wysoka samoocena pozwoli jej podnieść się, spróbować raz jeszcze, wyciągnąć wnioski...bo nie spowoduje u niej poczucia beznadziejności własnej osoby. Osoba wierząca w siebie nie dojdzie do wniosku, że zasłużyła na porażkę tylko dlatego, że jest właśnie taka jaka jest, że najwidoczniej się nie nadaje.

Z tych właśnie powodów każdego dnia staram się zaszczepić w Tusi ziarenko wiary we własne siły. Staram się zamiast mówić "jestem z ciebie dumna" mówię "możesz być z siebie dumna". Jak najczęściej wyliczam zalety lub chwalę za najmniejszy nawet sukces. Chcę żeby Tusia wzrastała w przeświadczeniu, że jest wartościową osobą, która może dokonać czego tylko zechce, spełnić każde ze swoich marzeń- wszystko to tylko kwestia włożonego wysiłku :)

I kiedy tak siedziałam pewnego dnia na placu zabaw, obserwując jak moja córka próbuje utrzymać równowagę podczas obchodzenia piaskownicy dookoła po jej drewnianym obramowaniu, doszłam do wniosku, że moje starania przynoszą pierwsze efekty.
Tusia upadała kilkukrotnie, wróciłyśmy nawet do domu z siniakiem na nodze. Jednakże, po każdym z tych upadków wstawała, otrzepywała kolana i mówiła do mnie "to nic mamo, uda mi się, zobaczysz" i próbowała kolejny raz. A gdy po kolejnej próbie obeszła piaskownicę dookoła bez żadnego potknięcia przybiegła do mnie i powiedziała "zrobiłam to! Nauczyłam się! Widziałaś?" A duma ją rozpierała :)



A Wy czego chcecie nauczyć swoje dzieci? Jaka cecha charakteru jest dla Was tą najistotniejszą?

:*
Tusiakowa mama

niedziela, 7 maja 2017

Domowa nutella bez cukru

Domowa nutella bez cukru
Na ten pomysł wpadłam dziś i od razu musiałam go wypróbować. Na szczęście wszystkie potrzebne składniki albo miałam w domu albo są dostępne w niemalże każdym sklepie spożywczym.




Co jest potrzebne do zrobienia zdrowszej wersji znanego kremu? Otóż potrzebujemy:

około 150 g orzeszków ziemnych (ja użyłam orzeszki prażone, niesolone)
łyżka oleju kokosowego (ale można pominąć)
1-2 łyżki kakao
5-6 łyżek mleka (u mnie bez laktozy, ale można też użyć zwykłe lub roślinne)
3 łyżeczki ksylitolu (można użyć miodu, stewii lub innego słodzika/cukru)

A wykonanie? Cóż.....wsypujemy wszystkie składniki do jednego naczynia i blendujemy na gładką masę. Ja do tego celu użyłam ręcznego blendera- na początku blendowałam pulsacyjnie ale myślę, że blender kielichowy lub malakser również sobie świetnie poradzi (o ile nie lepiej).

I tak w niecałe 15 minut zrobiłam spory słoik czekoladowo-orzechowego kremu, który niesamowicie pomógł mi w dzisiejszych smuteczkach :)

To co spróbujecie? Dajcie znać czy wyszło i smakowało :)
Copyright © 2016 Tusiaki , Blogger